Ojciec Pio Apostołem Bożego Miłosierdzia
Data publikacji: czwartek, 23-04-2020
Ojciec PIo stał się wybranym narzędziem wiecznej mocy Chrystusowego Krzyża, mocy miłości do dusz, przebaczenia i pojednania, duchowego ojcostwa, czynnej solidarności z cierpiącymi. Z Chrystusem ściśle złączyły go stygmaty, przez co stał się autentycznym naśladowcą św. Franciszka z Asyżu
Ojciec Pio był szczodrym rozdawcą Bożego miłosierdzia, gotowy służyć wszystkim rozmową, kierownictwem duchowym, a w szczególności udzielać sakramentu pokuty. Mnie także w latach młodzieńczych spotkał przywilej skorzystania z tej jego dyspozycyjności dla penitentów. Posługa konfesjonału, która stanowi jedną z wyróżniających cech jego apostolatu, przyciągała niezliczone rzesze wiernych do klasztoru San Giovanni Rotondo. Także wtedy, kiedy ten niezwykły spowiednik odnosił się do pielgrzymów z pozorną surowością, prawie zawsze zdawali oni sobie sprawę z powagi grzechu i szczerze skruszeni wracali, by w pojednawczym uścisku doznać sakramentalnego przebaczenia.
Ojciec Pio zadziwił cały świat swoim niezwykłym życiem i gorącą wiarą. Przede wszystkim był – tak samo jak inny stygmatyk, święty Franciszek – żywym obrazem Chrystusa Ukrzyżowanego. Krzyż Zbawiciela stał się dla niego szkołą kapłaństwa i źródłem miłości wobec ludzi, których spowiadał, uzdrawiał i pocieszał. Był spowiednikiem, którego Bóg obdarzył łaską przenikania ludzkich sumień. Kiedy odprawiał Mszę świętą, wszyscy wiedzieli, że na ołtarzu rzeczywiście dokonuje się wielka tajemnica wiary. Otrzymał dar bilokacji i poznania języków obcych, których nigdy nie studiował. Przewidywał przyszłość, uzdrawiał słowem, dotykiem, a także na odległość. Był człowiekiem nieustannej modlitwy, czcicielem Matki Bożej. Nie wypuszczał z rąk różańca. Toczył zwycięskie boje z szatanem.
Urodził się 25 maja 1887 roku w Pietrelcinie koło Benewentu w południowych Włoszech. Na chrzcie otrzymał imię Franciszek. 6 stycznia 1903 roku zgłosił się do klasztoru kapucynów w Morcone. 22 stycznia tegoż roku Uważał, że apostolat modlitwy jest najwyższym apostolatem, jaki można wypełniać w Kościele. Dlatego, gdy w 1942 roku Pius XII wezwał cały Kościół do ożywienia chrześcijaństwa poprzez modlitwę, Ojciec Pio zaczotrzymał habit zakonny i nowe imię – brat Pio. W roku 1907 złożył śluby wieczyste. W sierpniu 1910 roku otrzymał święcenia kapłańskie.
Młody kapłan cieszył się opinią pobożnego mnicha, lecz w pierwszych latach życia zakonnego niczym się specjalnie nie wyróżniał. Przełożeni mieli z nim sporo kłopotu. Ciągle niedomagał, a lekarze nie umieli zdiagnozować jego choroby. W latach 1909–1916 musiał kilkakrotnie wyjeżdżać do rodzinnego domu, gdyż tylko w Pietrelcinie odzyskiwał siły. Dziś wiemy, że był to okres przygotowań do późniejszej misji.
Stygmatyk
W piątek, 20 września 1918 roku, Ojciec Pio udał się po Mszy świętej na chór, by tam odprawić dziękczynienie przed Krucyfiksem. Ponad godzinę siedział skulony na drewnianej ławce i kontemplował oblicze Ukrzyżowanego. Wtem zobaczył tajemniczą postać, której „ręce, nogi, klatka piersiowa, ociekały krwią”.
„Ogarnął mnie stan jakiegoś spoczynku, podobny do słodkiego snu – zapisał Ojciec Pio. – Wszystkie zmysły wewnętrzne i zewnętrzne, jak również same władze duszy pogrążyły się w odpoczynku nie do opisania. Przy tym wszystkim wokół mnie i we mnie panowała całkowita cisza, natychmiast nastąpił wielki pokój i zgoda na całkowite wyrzeczenie się wszystkiego oraz wytchnienie w nieszczęściu. Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu. A w czasie gdy to wszystko się działo, zobaczyłem przed sobą tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem wieczorem 5 sierpnia, różniącą się tylko tym, że z jej dłoni, stóp i boku ściekała krew. Jej wzrok mnie poraził, tego co czułem w tym momencie w sobie, nie umiałbym opowiedzieć. Czułem, że umieram, i byłbym umarł, gdyby nie zainterweniował Pan, podtrzymując moje serce, które czułem, że wyskakuje z piersi. Obraz postaci zniknął, a ja zobaczyłem, że dłonie, stopy i bok były zranione i ściekała z nich krew. Proszę sobie wyobrazić, jakiej udręki doświadczyłem wtedy i jakiej doświadczam ciągle prawie każdego dnia. Rana serca broczy krwią, zwłaszcza od czwartku wieczorem aż do soboty. […] Umieram z bólu z powodu udręki i zamieszania, jakie potem nastąpiły, a których doświadczam w swej duszy. Boję się, że umrę z wykrwawienia, jeśli Pan nie wysłucha jęków mojego biednego serca”…
W roku 1918 Ojciec Pio przeżył jeszcze doświadczenie „włóczni w sercu”. Tak o tym napisał: „Od kilku dni odczuwam w sobie rzecz podobną do żelaznej włóczni, która od dolnej części serca przechodzi aż pod prawą łopatkę w kierunku poprzecznym. Powoduje ostry ból i nie pozwala mi na chwilę wytchnienia: cóż to może być? To nowe zjawisko zacząłem odczuwać po ponownym ukazaniu się tej samej tajemniczej postaci w dniach 5 i 6 sierpnia, i 20 września”.
Dla przełożonych cała sprawa stygmatów Ojca Pio była wielce kłopotliwa. Najpierw liczyli, że one znikną. Później wezwali lekarzy specjalistów. We wrześniu 1919 roku sprawą zajął się profesor Jerzy Festa, który stwierdził: „Ręce są przebite na wylot; otwór jest taki, że można przez niego zobaczyć to, co znajduje się na drugiej stronie. Dłoń można tylko przymknąć z wielkim wysiłkiem i nie całkowicie. Na stopach są okrągłe rany. Ciągle sączy się z nich krew, która moczy buty. Naciśnięcie tych ran palcem sprawia bardzo silny ból. Na lewym boku klatki piersiowej jest zranienie w formie odwróconego krzyża. Dłuższy odcinek ma siedem centymetrów, a krótszy pięć. Z tej rany sączy się więcej krwi aniżeli z innych. Ojciec ma ją zawsze zabandażowaną i co parę godzin zmienia opatrunek, który przemięka krwią”.
Znamienną cechą stygmatów było to, że nie podlegały fizjologicznym prawom zwykłych ran. Nie dały się zaleczyć, nie ropiały, nie przechodziły stanów zapalnych i zazwyczaj wydawały delikatny zapach kwiatów. Pozostały otwarte i krwawiące przez pół wieku. Zaczęły się zasklepiać i zanikać w roku 1966. Najpierw zagoiły się stopy i bok. Latem 1968 roku zanikły rany dłoni po zewnętrznej stronie. 22 września 1968 roku Ojciec Pio odprawił swoją ostatnią Mszę świętą. Wtedy był jeszcze widoczny stygmat na lewej dłoni. Następnego dnia stygmatyk z San Giovanni Rotondo zmarł. Ostatni strup odpadł w chwili śmierci. Po ranach nie pozostały najmniejsze blizny.
Sens stygmatów oddają słowa samego Ojca Pio: „Jezus tak bardzo zakochał się w moim sercu, że sprawia, iż cały płonę ogniem Jego miłości”.
Poprzez cierpienia pięciu ran Święty uczestniczył w sposób heroiczny w męce Zbawiciela. Przez pół wieku zanurzał w ranach Chrystusa całe swoje życie. W nich odnajdywał nadzieję na drogach swego wyczerpującego posługiwania kapłańskiego. Jego życie było na przemian cierpieniem i błogosławieństwem. Można powiedzieć, że odsłaniał niebo. Upodabniając się stale do Chrystusa Ukrzyżowanego, potwierdzał nieosiągalną dla nas prawdę, że maksymalne cierpienie może być maksymalną radością. Nie prosił Boga o widoczne stygmaty. Przeciwnie, próbował się targować z Panem Jezusem, aby zostały mu odebrane. Ten fakt jest znamienny, gdyż oznacza, że źródłem łaski stygmatów nie mogą być jakiekolwiek wysiłki ascetyczne – co najwyżej dobrym podglebiem – a jedynie decyzja samego Boga, z którym mistyk jest duchowo zjednoczony. Teologowie mówią: stygmatyk Ojciec Pio znalazł się na najwyższym poziomie łaski wlanej.
Msze Ojca Pio
Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.
Przygotowanie do sprawowania codziennej Eucharystii rozpoczynał w nocy, o drugiej trzydzieści. Był święcie przekonany o konieczności ofiarowania Bogu pierwocin wszystkiego. Przed świtem, o czwartej trzydzieści rano przychodził do kościoła, gdzie już oczekiwały na niego rzesze wiernych. Wszystkich przywiodła do San Giovanni Rotondo jedna myśl: być jak najbliżej „ człowieka-tajemnicy” i „świętego”, jak najbliżej kapłana upodobnionego do Chrystusa-kapłana.
Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów. Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Eucharystia rozbudzała w nim pasterskie oddanie i gotowość poświęcenia się dla dusz przez posługę konfesjonału.
Wielki spowiednik Kościoła
Tak nazwał Ojca Pio Jan Paweł II. Spalało go – jak sam to określił – pragnienie spowiadania braci, żeby wyrwać ich z szatańskich sideł. Tak więc w konfesjonale jednał ludzi z Bogiem i walczył z szatanem.
Styl, sposób spowiadania oraz odpowiedzialność Ojca Pio jako przewodnika dusz obrazują jego własne słowa: „Nie daję słodyczy temu, kto potrzebuje środka na przeczyszczenie”. Pouczenia, których udzielał penitentom, były bardzo zwięzłe. Przenikały do najmroczniejszych głębin duszy, zrywały nici złych przyzwyczajeń. Wyłapywał to, co najważniejsze, wypytywał, czekał. Na sprawy zasadnicze zawsze miał czas. Raczej nikomu nie współczuł, nie wypowiadał zbędnych słów. Podnosił na duchu, ale tak zwyczajnie, bez czułostkowości. Pocieszał, że kłopoty przeminą, ponieważ zależało mu na tym, aby penitent nie odszedł od „katedry miłosierdzia” przygnębiony. Dostrzegłszy zło, drążył w nim, pytał o przyczynę, by na koniec stanowczo domagać się poprawy penitenta. Działał zdecydowanie, bo przecież „prześwietlał” sumienia swoich rozmówców. Był lekarzem dusz, który nie wahał się, gdy miał użyć skalpela ostrych, a nawet raniących słów wobec niektórych penitentów: „Nieszczęsny, idziesz prosto do piekła! Podły, nie widzisz, jaki jesteś czarny? Idź, ustaw sprawy na swoim miejscu, zmień życie!” A wiele osób zdobyło się na dziwne wyznanie: „Wydawało mi się, że byłem tutaj na sądzie Bożym, z nagą duszą”.
Ojciec Pio uczestniczył w Boskim wymiarze Sakramentu Pojednania w stanie „całkowitej utraty własnej wolności”, włączając się w mękę, modlitwę i ofiarę Pana Jezusa. Jego stygmaty sprawiały, iż był kapłanem ukrzyżowanym z Chrystusem w trawiącej go miłości do każdego grzesznika. Podczas spowiedzi stygmaty włączały go w morze ludzkiego grzechu. Sprawowany przez niego Sakrament Pokuty był wielkim wołaniem o łaskę przebaczenia dla duszy może nawet zbrukanej, a jednak tęskniącej za dobrym Ojcem, stawał się jednoczącym pojednaniem. Ze świadectw o świętym spowiedniku przebija zdumienie z powodu jego przenikliwości (potrafił wymienić wszystkie grzechy penitenta) oraz poruszenie spowodowane widokiem jego cierpiącego oblicza w chwili udzielania rozgrzeszenia. Ojciec Pio wyznał: „Zanim zejdę , wiem, kogo tam spotkam, wiem, co im dolega, i wiem, co mam im powiedzieć. (…) Umiem dotykać strun serca każdego”. To znaczy, że mógł działać skutecznie.
Niektórym pielgrzymom odmawiał udzielenia Komunii świętej. Na próżno przyklękali po kilka razy. Ojciec „wszystko” wiedział; i przechodził obok. Pewien mężczyzna poszedł za nim aż do zakrystii. Chciał „wygarnąć” zakonnikowi, co o nim myśli, lecz usłyszał: „Idź, weź ślub z kobietą, z którą żyjesz, a potem wróć”.
Dlaczego nie zniechęcała pielgrzymów surowość i bezkompromisowość Ojca Pio? Dlaczego nie rezygnowali, nawet wówczas, gdy musieli czekać wiele dni, aby tylko przez krótką chwilę spowiadać się u Ojca Pio. Tym bardziej, że tuż po przybyciu otrzymywali kartkę z informacjami, które mogły zmrozić każdego: 1. Jeżeli masz ochotę rozmawiać z Ojcem Pio, lepiej zrezygnuj zawczasu, bo on jest od spowiadania, a nie od rozmówek. Jeżeli zamierzasz się u niego spowiadać, wiedz, że spowiada mężczyzn rano do godz. 9.00, a po południu tak długo, na ile mu pozwala czas. Kobiety spowiada z rana od 9.00 do 11.30; obowiązuje imienny bilet, który można otrzymać w biurze. Jeżeli nie możesz czekać na swoją kolej do spowiedzi, zwróć się do któregokolwiek z ojców, aby pojednał twoją duszę z Bogiem, itd…
Ojciec Pio wymagał rzeczywistego nawrócenia. Jeśli nie widział u penitenta autentycznego żalu za grzechy, „wyganiał” go. Właśnie dzięki tym radykalnym środkom wielu ludzi przeżywało głęboki wstrząs i… najpiękniejsze chwile w swoim życiu. Dla nich spowiedź u Ojca Pio stawała się impulsem do odrodzenia, którego się nawet nie spodziewali. Na nowo odkrywali modlitwę, Mszę świętą. Byli oszołomieni i wzruszeni łaską głębokiego nawrócenia, którą otrzymali. Święty był światłem dla nich, zwłaszcza wówczas gdy w ich sumieniach przywracał porządek Bożych przykazań. Jeden z jego penitentów opowiedział jak Ojciec Pio nauczył go systematycznego uczestnictwa w niedzielnej Mszy świętej. Gdy tylko Ojciec Pio usłyszał, że czasami opuszcza on niedzielną Mszę, powiedział krótko: „Idź sobie”. Na nic zdały się protesty. Wyspowiadał się więc u innego zakonnika. Po dwóch miesiącach wrócił, ale podróż odbył w niedzielę. Znowu pada pytanie: „Czy chodzisz na Mszę niedzielną?” Odpowiedział, że tak. A Ojciec Pio: „Czy wczoraj byłeś na Mszy świętej?” „Ależ Ojcze, wczoraj jechałem do ciebie”. „Idź sobie, a potem wróć. W niedzielę – najpierw Msza święta”. Ów człowiek został aktywnym członkiem Grupy Modlitewnej założonej przez Ojca Pio.
Modlitwa w życiu Ojca Pio
Stygmatyk z San Giovanni Rotondo był zakonnikiem, który nieustannie się modlił i dlatego niektórzy jego biografowie mówią, iż był człowiekiem, który stał się modlitwą. Modląc się, wyjednywał tysiące łask dla bliźnich. A czynił to nie tylko w ciągu dnia, ale i w nocy – zawsze odmawiając różaniec i liczne akty strzeliste, adorując Najświętszy Sakrament, zatapiając się w Bogu w niezliczonych momentach ekstazy i kontemplacji.
„Moja modlitwa – pisał Ojciec Pio – tak wygląda. Zaledwie rozpoczynam swoją rozmowę z Bogiem, od razu czuję trudny do wyrażenia spokój i ciszę w moim sercu. Zmysły ulegają zawieszeniu z wyjątkiem ducha, który czasem pozostaje czynny. Ale nawet wówczas nie stanowi on dla mnie przeszkody, co więcej, muszę wyznać, że gdyby wokół mnie panował niezwykły hałas i zgiełk, nie zdołałby naruszyć mojego skupienia. Zdarza się często, że opuszcza mnie ustawiczna myśl o Bogu i Jego obecności, a czuję zamiast niej niespodziewane dotknięcie Boże w samym centrum duszy, tak silne i słodkie, że płaczę z bólu z powodu mej niewierności i płaczę ze szczęścia z powodu posiadania tak dobrego i czułego Ojca, który pozwala mi przebywać w swojej obecności. Innym razem przeżywam wielką oschłość ducha. Ciało doznaje wielkiego ucisku z powodu licznych słabości. Modlitwa i skupienie stają się niemożliwe, choćbym nie wiem jak bardzo tego pragnął. Taki stan rzeczy pogłębia się stale; i jeśli w ogóle żyję, należy ten fakt nazwać cudem. Gdy spodoba się przerwać Niebieskiemu Oblubieńcowi to męczeństwo, daje mi nagle dar tak wielkiej pobożności ducha, że nie jestem w stanie oprzeć się jej. Natychmiast zostaję przemieniony i napełniony nadprzyrodzonymi łaskami oraz potężną mocą, która pozwala mi przeciwstawić się całemu królestwu szatana. (…) Podczas modlitwy moja dusza zanurza się i znika w Bogu i otrzymuje w takich momentach o wiele więcej niż mogłaby osiągnąć w ciągu wielu lat ćwiczeń przy użyciu wszystkich swoich sił”.
Tym wyznaniem Święty odkrywa najbardziej ukryte porywy swego serca. Chyba najważniejsze jest jego wyznanie, że właściwie o Bogu myśli bez przerwy, a „przestaje” o nim myśleć tylko wówczas, gdy przeżywa łaskę całkowitego „zanurzenia” w Bożej nieskończoności. Chwile oschłości ducha stają się dla niego czasem dojmującej tęsknoty, ale i chyba wewnętrznej pewności, że znów nadejdą dni uniesień duchowych.
Głęboko przeżywał prawdę, że Chrystus pragnie zbawić wszystkich ludzi. Dlatego wznosił swoje błagania do nieba nie tylko za tych, którzy polecali się jego modlitwom, lecz i za wszystkich ludzi, za cały świat. Skoro bowiem rdzeniem modlitwy jest odpowiedź Boga poprzez niezmierzone dzieła Jego Miłosierdzia, z których nawet możemy nie zdawać sobie sprawy, to czy można ograniczać Bożą wszechmoc tylko do tych, którzy teraz o coś proszą, do tych, którzy są „nasi”, którzy w ten czy w inny sposób uważają się za „wybranych”, choćby za naród wybrany. Tylko przyjmując pokorną postawę celnika stajemy się wszyscy braćmi przed Bogiem, a marnieją nasze modlitwy, gdy chcemy upodobnić się do faryzeusza zawłaszczającego Boga „dla siebie”. Miłosierdzie Boże zakorzenione w Krzyżu Zbawiciela nie ma granic, nie mogą mieć też granic nasze modlitwy. Ta prawda była sensem życia Ojca Pio. Kiedyś z jego serca wyrwało się wyznanie: „Zdaje mi się, że dźwigam ciężar za wszystkich. Tak bardzo pragnę, by wszystkie dusze dostąpiły usprawiedliwienia i łaski. Zadręcza mnie i wprost torturuje myśl o tych, którzy bezmyślnie pogardzają najwyższym dobrem… Pracowałem i chcę pracować; modliłem się i chcę się modlić; czuwałem i chcę czuwać; płakałem i chcę płakać za mych braci, którzy są na wygnaniu”…
Ojciec Pio przyznawał się, że jego pobożność wywodzi się z Maryjnej szkoły zawierzenia i modlitwy, i że pokory uczył się od świętego Franciszka. Mówił, że różaniec jest „potężną bronią, przed którą zmyka demon, która zwalcza pokusy, podbija serce Boga oraz wyjednuje łaski u Matki Bożej. Jest też cudownym darem Maryi dla ludzkości”.
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów. Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Eucharystia rozbudzała w nim pasterskie oddanie i gotowość poświęcenia się dla dusz przez posługę konfesjonału.
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów. Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Eucharystia rozbudzała w nim pasterskie oddanie i gotowość poświęcenia się dla dusz przez posługę konfesjonału.
Wielki spowiednik Kościoła
Tak nazwał Ojca Pio Jan Paweł II. Spalało go – jak sam to określił – pragnienie spowiadania braci, żeby wyrwać ich z szatańskich sideł. Tak więc w konfesjonale jednał ludzi z Bogiem i walczył z szatanem.
Styl, sposób spowiadania oraz odpowiedzialność Ojca Pio jako przewodnika dusz obrazują jego własne słowa: „Nie daję słodyczy temu, kto potrzebuje środka na przeczyszczenie”. Pouczenia, których udzielał penitentom, były bardzo zwięzłe. Przenikały do najmroczniejszych głębin duszy, zrywały nici złych przyzwyczajeń. Wyłapywał to, co najważniejsze, wypytywał, czekał. Na sprawy zasadnicze zawsze miał czas. Raczej nikomu nie współczuł, nie wypowiadał zbędnych słów. Podnosił na duchu, ale tak zwyczajnie, bez czułostkowości. Pocieszał, że kłopoty przeminą, ponieważ zależało mu na tym, aby penitent nie odszedł od „katedry miłosierdzia” przygnębiony. Dostrzegłszy zło, drążył w nim, pytał o przyczynę, by na koniec stanowczo domagać się poprawy penitenta. Działał zdecydowanie, bo przecież „prześwietlał” sumienia swoich rozmówców. Był lekarzem dusz, który nie wahał się, gdy miał użyć skalpela ostrych, a nawet raniących słów wobec niektórych penitentów: „Nieszczęsny, idziesz prosto do piekła! Podły, nie widzisz, jaki jesteś czarny? Idź, ustaw sprawy na swoim miejscu, zmień życie!” A wiele osób zdobyło się na dziwne wyznanie: „Wydawało mi się, że byłem tutaj na sądzie Bożym, z nagą duszą”.
Ojciec Pio uczestniczył w Boskim wymiarze Sakramentu Pojednania w stanie „całkowitej utraty własnej wolności”, włączając się w mękę, modlitwę i ofiarę Pana Jezusa. Jego stygmaty sprawiały, iż był kapłanem ukrzyżowanym z Chrystusem w trawiącej go miłości do każdego grzesznika. Podczas spowiedzi stygmaty włączały go w morze ludzkiego grzechu. Sprawowany przez niego Sakrament Pokuty był wielkim wołaniem o łaskę przebaczenia dla duszy może nawet zbrukanej, a jednak tęskniącej za dobrym Ojcem, stawał się jednoczącym pojednaniem. Ze świadectw o świętym spowiedniku przebija zdumienie z powodu jego przenikliwości (potrafił wymienić wszystkie grzechy penitenta) oraz poruszenie spowodowane widokiem jego cierpiącego oblicza w chwili udzielania rozgrzeszenia. Ojciec Pio wyznał: „Zanim zejdę , wiem, kogo tam spotkam, wiem, co im dolega, i wiem, co mam im powiedzieć. (…) Umiem dotykać strun serca każdego”. To znaczy, że mógł działać skutecznie.
Niektórym pielgrzymom odmawiał udzielenia Komunii świętej. Na próżno przyklękali po kilka razy. Ojciec „wszystko” wiedział; i przechodził obok. Pewien mężczyzna poszedł za nim aż do zakrystii. Chciał „wygarnąć” zakonnikowi, co o nim myśli, lecz usłyszał: „Idź, weź ślub z kobietą, z którą żyjesz, a potem wróć”.
Dlaczego nie zniechęcała pielgrzymów surowość i bezkompromisowość Ojca Pio? Dlaczego nie rezygnowali, nawet wówczas, gdy musieli czekać wiele dni, aby tylko przez krótką chwilę spowiadać się u Ojca Pio. Tym bardziej, że tuż po przybyciu otrzymywali kartkę z informacjami, które mogły zmrozić każdego: 1. Jeżeli masz ochotę rozmawiać z Ojcem Pio, lepiej zrezygnuj zawczasu, bo on jest od spowiadania, a nie od rozmówek. Jeżeli zamierzasz się u niego spowiadać, wiedz, że spowiada mężczyzn rano do godz. 9.00, a po południu tak długo, na ile mu pozwala czas. Kobiety spowiada z rana od 9.00 do 11.30; obowiązuje imienny bilet, który można otrzymać w biurze. Jeżeli nie możesz czekać na swoją kolej do spowiedzi, zwróć się do któregokolwiek z ojców, aby pojednał twoją duszę z Bogiem, itd…
Ojciec Pio wymagał rzeczywistego nawrócenia. Jeśli nie widział u penitenta autentycznego żalu za grzechy, „wyganiał” go. Właśnie dzięki tym radykalnym środkom wielu ludzi przeżywało głęboki wstrząs i… najpiękniejsze chwile w swoim życiu. Dla nich spowiedź u Ojca Pio stawała się impulsem do odrodzenia, którego się nawet nie spodziewali. Na nowo odkrywali modlitwę, Mszę świętą. Byli oszołomieni i wzruszeni łaską głębokiego nawrócenia, którą otrzymali. Święty był światłem dla nich, zwłaszcza wówczas gdy w ich sumieniach przywracał porządek Bożych przykazań. Jeden z jego penitentów opowiedział jak Ojciec Pio nauczył go systematycznego uczestnictwa w niedzielnej Mszy świętej. Gdy tylko Ojciec Pio usłyszał, że czasami opuszcza on niedzielną Mszę, powiedział krótko: „Idź sobie”. Na nic zdały się protesty. Wyspowiadał się więc u innego zakonnika. Po dwóch miesiącach wrócił, ale podróż odbył w niedzielę. Znowu pada pytanie: „Czy chodzisz na Mszę niedzielną?” Odpowiedział, że tak. A Ojciec Pio: „Czy wczoraj byłeś na Mszy świętej?” „Ależ Ojcze, wczoraj jechałem do ciebie”. „Idź sobie, a potem wróć. W niedzielę – najpierw Msza święta”. Ów człowiek został aktywnym członkiem Grupy Modlitewnej założonej przez Ojca Pio.
Modlitwa w życiu Ojca Pio
Stygmatyk z San Giovanni Rotondo był zakonnikiem, który nieustannie się modlił i dlatego niektórzy jego biografowie mówią, iż był człowiekiem, który stał się modlitwą. Modląc się, wyjednywał tysiące łask dla bliźnich. A czynił to nie tylko w ciągu dnia, ale i w nocy – zawsze odmawiając różaniec i liczne akty strzeliste, adorując Najświętszy Sakrament, zatapiając się w Bogu w niezliczonych momentach ekstazy i kontemplacji.
„Moja modlitwa – pisał Ojciec Pio – tak wygląda. Zaledwie rozpoczynam swoją rozmowę z Bogiem, od razu czuję trudny do wyrażenia spokój i ciszę w moim sercu. Zmysły ulegają zawieszeniu z wyjątkiem ducha, który czasem pozostaje czynny. Ale nawet wówczas nie stanowi on dla mnie przeszkody, co więcej, muszę wyznać, że gdyby wokół mnie panował niezwykły hałas i zgiełk, nie zdołałby naruszyć mojego skupienia. Zdarza się często, że opuszcza mnie ustawiczna myśl o Bogu i Jego obecności, a czuję zamiast niej niespodziewane dotknięcie Boże w samym centrum duszy, tak silne i słodkie, że płaczę z bólu z powodu mej niewierności i płaczę ze szczęścia z powodu posiadania tak dobrego i czułego Ojca, który pozwala mi przebywać w swojej obecności. Innym razem przeżywam wielką oschłość ducha. Ciało doznaje wielkiego ucisku z powodu licznych słabości. Modlitwa i skupienie stają się niemożliwe, choćbym nie wiem jak bardzo tego pragnął. Taki stan rzeczy pogłębia się stale; i jeśli w ogóle żyję, należy ten fakt nazwać cudem. Gdy spodoba się przerwać Niebieskiemu Oblubieńcowi to męczeństwo, daje mi nagle dar tak wielkiej pobożności ducha, że nie jestem w stanie oprzeć się jej. Natychmiast zostaję przemieniony i napełniony nadprzyrodzonymi łaskami oraz potężną mocą, która pozwala mi przeciwstawić się całemu królestwu szatana. (…) Podczas modlitwy moja dusza zanurza się i znika w Bogu i otrzymuje w takich momentach o wiele więcej niż mogłaby osiągnąć w ciągu wielu lat ćwiczeń przy użyciu wszystkich swoich sił”.
Tym wyznaniem Święty odkrywa najbardziej ukryte porywy swego serca. Chyba najważniejsze jest jego wyznanie, że właściwie o Bogu myśli bez przerwy, a „przestaje” o nim myśleć tylko wówczas, gdy przeżywa łaskę całkowitego „zanurzenia” w Bożej nieskończoności. Chwile oschłości ducha stają się dla niego czasem dojmującej tęsknoty, ale i chyba wewnętrznej pewności, że znów nadejdą dni uniesień duchowych.
Głęboko przeżywał prawdę, że Chrystus pragnie zbawić wszystkich ludzi. Dlatego wznosił swoje błagania do nieba nie tylko za tych, którzy polecali się jego modlitwom, lecz i za wszystkich ludzi, za cały świat. Skoro bowiem rdzeniem modlitwy jest odpowiedź Boga poprzez niezmierzone dzieła Jego Miłosierdzia, z których nawet możemy nie zdawać sobie sprawy, to czy można ograniczać Bożą wszechmoc tylko do tych, którzy teraz o coś proszą, do tych, którzy są „nasi”, którzy w ten czy w inny sposób uważają się za „wybranych”, choćby za naród wybrany. Tylko przyjmując pokorną postawę celnika stajemy się wszyscy braćmi przed Bogiem, a marnieją nasze modlitwy, gdy chcemy upodobnić się do faryzeusza zawłaszczającego Boga „dla siebie”. Miłosierdzie Boże zakorzenione w Krzyżu Zbawiciela nie ma granic, nie mogą mieć też granic nasze modlitwy. Ta prawda była sensem życia Ojca Pio. Kiedyś z jego serca wyrwało się wyznanie: „Zdaje mi się, że dźwigam ciężar za wszystkich. Tak bardzo pragnę, by wszystkie dusze dostąpiły usprawiedliwienia i łaski. Zadręcza mnie i wprost torturuje myśl o tych, którzy bezmyślnie pogardzają najwyższym dobrem… Pracowałem i chcę pracować; modliłem się i chcę się modlić; czuwałem i chcę czuwać; płakałem i chcę płakać za mych braci, którzy są na wygnaniu”…
Ojciec Pio przyznawał się, że jego pobożność wywodzi się z Maryjnej szkoły zawierzenia i modlitwy, i że pokory uczył się od świętego Franciszka. Mówił, że różaniec jest „potężną bronią, przed którą zmyka demon, która zwalcza pokusy, podbija serce Boga oraz wyjednuje łaski u Matki Bożej. Jest też cudownym darem Maryi dla ludzkości”.
Ojciec Pio mówił: „Nigdy nie wolno zakreślać granic miłosierdziu Boga. Proś Go zawsze o największą łaskę”. Słowa te – skądinąd tak bardzo bliskie orędziu św. Faustyny o Bożym Miłosierdziu – streszczają całe jego kapłańskie życie i jego działania, przede wszystkim gdy był „narzędziem” w Bożych rękach, a więc Bóg sprawiał i sprawia poprzez niego różne cuda.
Oto jeden z nich. W San Giovanni Rotondo mieszkał osobisty wróg Ojca Pio. Był to miejscowy lekarz Francesco Ricciardi, wojujący ateista, który przez wiele lat zwalczał kapucyna-stygmatyka. Klasztor kapucynów i kościół, w którym Ojciec Pio odprawiał Msze św. i spowiadał, to były dlań – jak mawiał – gniazda ciemnoty i szarlatanerii. Święty cierpiał, ale milczał. Pewnego dnia po mieście rozeszła się wieść, że dr Ricciardi umiera z powodu raka żołądka. Jeden z kapłanów postanowił zaryzykować. Przyszedł do chorego z ostatnią posługą. On jednak wygonił go, krzycząc: „Zostawcie mnie w spokoju. Nie chcę widzieć kleru. Tylko Ojciec Pio mógłby mnie wyspowiadać. Ale za bardzo go obrażałem przez tyle lat, żeby do mnie przyszedł. A zresztą nie wychodzi z klasztoru. Umrę, tak jak żyłem”.
Po chwili do pokoju doktora wszedł Ojciec Pio. Stanął przed chorym, otworzył ramiona w szerokim geście i uśmiechnął się. Lata wrogości zagorzałego ateisty prysły jak bańka mydlana. „Niech mi Ojciec przebaczy!” – wykrzyknął.
Chory wyspowiadał się, przyjął Komunię świętą. Nawrócił się! Ale Ojciec Pio nie byłby sobą, gdyby nie „odpłacił” mu za lata walki z nim na swój sposób. Doktor Ricciardi wyzdrowiał, nowotwór zniknął bez śladu.
https://stacja7.pl/
Pozostałe aktualności
niedziela 26.07.2026
sobota 25.07.2026
niedziela 19.07.2026
poniedziałek 13.07.2026
poniedziałek 25.05.2026
czwartek 21.05.2026
czwartek 21.05.2026
niedziela 17.05.2026
środa 13.05.2026
niedziela 10.05.2026


















